Zdjęcie jest senne, oniryczny malunek, potworny atak na moje sny w burzliwe noce. Czarna przestrzeń otaczająca ją jest odzwierciedleniem mojego pokoju, nie przenikniona pustka kontrastująca z białą sylwetką, zrobiona z perwersyjnie pociągniętej farby. Mogę również wyciągnąć rękę i dotknąć jej, lewituje, wisząc na przeciw mnie, obserwuje mnie ze swojego dwuwymiarowego więzienia, jak drapieżnik czyhający na ofiarę.
To jest ona. Naga, blada, kwintesencja piękna i grozy. Biały, złowrogi sobowtór. Na jej twarzy, dwie perłowo białe i puste miejsca gdzie raz widziałem parę ciepłych oczu, oczu smutnych i głębokich… a w nich okno na nicość.
Trudno mi uwierzyć, że to ta sama osoba, którą kiedyś kochałem, ale na dnie mojego serca wiem, że to prawda, wiem, że ta potworna postać jest tym do czego poczułem ciepłe uczucie. Ona byłą kimś, kogo imię zostawiało na moich ustach uśmiech oraz westchnienie tęsknoty i pragnienia. Niczego z tego nie znajduje w tym obrazie, ani w tej kobiecie skąpanej w świetle nocnej przestrzeni.
Jej skóra, gładka, jasna cera kobiety już zupełnie zanikła. W jej miejscu została nieskazitelnie biała, twarda i zimna substancja, która bardziej przypomina marmur, niż ludzką skórę. Jej małe piersi zdają się kołysać w przód i w tył w rytmie ciężkiego, ekstatycznego oddechu. Jej włosy odpływają ku niebu, pchane przez nienazwanego ducha wiatru. Jej blada sylwetka, na kolanach, nachyla się nad księgą umieszczoną między dłońmi jak szpony. To przeklęty grimoire, brama do zapomnianej wiedzy, w zapomniane sekrety arkanów.
I słyszę ją… Słyszę wyszeptane słowa, słowa wyszeptane przez te małe usta, które kiedyś czule całowałem, przemienione teraz w ustnik dla ciemności.
I widzę ją…
Widzę las. Ciemną masę, zimną i martwą. Korony drzew wbijają się w ciemne, bezgwiezdne niebo niczym szpony pierwotnej, dzikiej istoty. Nie ma tu żadnego dźwięku, tylko nienaturalna cisza. świerszcze nie cykają, wrony nie krakają. Żadnego ruchu nie ma. Nic nie oddycha. Nic nie żyje. Tylko księżyc, niewzruszony, niezgłębiony, zdaje się on mieszkać w tym sterylnym świecie.
W lesie jest polana. Leży ona pod księżycem w zenicie. Światło astru pieści ją. Podłoże usiane jest martwymi rzeczami. Liście, ławki, kwiaty… wszystko zwiędłe, wszystko nieskończone. a w centrum czarny wypalony ślad, zgnilizna, ropiejąca rana zdradzająca potworną zbrodnie. Księżyc obojętnie to oświetla.
Kroki.
Bose stopy. Bose stopy stąpające lekko na martwej ziemi. Kroki zmierzają do polany z centrum ciemnego lasu. Najpierw są wolne. Potem trucht. Kroki są ledwie słyszalne, tak jakby sunęły. Szybko, szybko, szybko. Bieg. Szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, SZYBCIEJ, SZYBCIEJ!
W końcu cisza.
Kroki ustały na krawędzi polany w miejscu gdzie światło mieszało się z mrokiem. Figura powoli wyłania się z mroku. To jest ona. Z otwartymi ramionami idzie naprzód, tym razem w absolutnej ciszy. Nie zwraca uwagi na zimno. Jej ciało wygląda jakby było zrobione z blasku księżyca. Gdyby cień jej nie zdradzał wyglądałaby eterycznie. Przed nią lata grimoire, ta okrutna, bluźniercza księga, zrodzona z lasu za nią. Jej strony otwierają się, odsłaniając sekrety pustym oczom bladej kobiety, jej twarz została wykrzywiona przez Prawdę.
Dociera do centrum.
Zatrzymuje się, a jej usta się otwierają. Jeśli wydobywa się z nich jakikolwiek dźwięk, to nie jest on przeznaczony do słuchania przez mężczyzn. Nawet bogowie się trzęsą, trzymając się swych tronów w strachu przed spadnięciem z niebios.
Cicho zaczyna się śpiew. Jej usta otwierają się i zamykają, ale nie ma tu nikogo, kto by słuchał. Jej słowa są nieme, nieobecne, odrażające.
Bluźnierstwo! Herezja!
To są słowa starożytnych, martwych bogów śniących o swym powrocie. Śnią o sianiu szaleństwa i śmierci. Las, ich kości; ziemia, ich mięso; księżyc, ich duch.
Ogień.
Przed nią jest ogień. Zimne, niebieskie płomienie wznoszą się ku księżycowi tak jak gdyby chciały .go pochłonąć.
Taniec.
Taniec wokół ognia. Jej ręce i nogi, ciękie i wątłe, wznoszą się i opadają, skecają się i wyginają rzucając cień na ziemię.
Jej włosy wznoszą się i dryfują, dziki, splątany bałagan unoszący się przez brak wiatru. A więc zaczyna się Sabat.
Ogień z nią tańczy, wiją się, rozdzielają się, tworzą one ostre sztylety i udręczone twarze. Przez najkrótszy moment kobieta i ogień są jednym.
I w centrum ognia…
Sylwetka.
Wznosi się nad polaną, majestatyczna i przerażająca. Czarny słup rozciąga się wraz z ogniem. Nicość przyjmuje formę. Mroczny, zapomniany tytan. Wygnaniec z niebios. Książe Ciemności.
Bestia.
I ona krzycząca bezdźwięcznie tańcząca wokół płomieni, zmieniona w światło księżyca, strony unosiły się przed nią…
To ona. Gniew zrobiony z mięsa i krwi. Bogini okropności i niewyobrażalna moc. Ona, która jest trzema w jednym. Księżyc. Ogień.
Kobieta.
Apoteoza.
I wszystko jest ciszą